Klasztor w Warszawie p.w. św. Ryszarda Pampuri

Konferencja 2 – Cel rozwoju człowieka

CEL ROZWOJU CZŁOWIEKA

Podobnie jak nie można postawić domu bez fundamentu, tak nie można świadomie podjąć własnego rozwoju, jeśli się nie wie, do czego ten rozwój ma prowadzić. Jezus zapytany o najważniejszą zasadę życia bez wahania wskazał na przykazanie miłości. Wybrał je spośród sześciuset czternastu przykazań Tory, jako to, które nadaje właściwy kierunek życiu ludzkiemu. W ujęciu chrześcijańskim człowiek istnieje po to, by miłować i spełnia się dopiero wtedy, gdy miłuje. Dlatego celem rozwoju człowieka jest miłość. Można zatem postawić pytanie: dlaczego właśnie miłość została postawiona jako cel rozwoju człowieka?

Odpowiedź podają mistycy: ponieważ Bóg jest miłością, a człowiek ma się zjednoczyć z Bogiem. Celem życia człowieka jest Bóg. Tę niesamowitą perspektywę rysuje przed nami duchowość! Pełny rozwój człowieka wyraża się w tym, że człowiek miłuje jak Bóg, mając udział w Jego wewnętrznym życiu – zjednoczenie przebóstwiające. A więc wszystko, co służy naszemu ostatecznemu celowi – być jedno z Bogiem w miłości – popycha nas we „właściwą stronę”. Św. Jan od Krzyża powiedział, że pod koniec życia będziemy sądzeni z miłości. Sąd ostateczny nie musi być rozumiany jak coś zewnętrznego. Odrzucając rozwój ku miłości, sami narażamy się na cierpienie. Całkowite odrzucenie miłości umieszcza człowieka w piekle. Również z punktu widzenia psychologii przykazanie miłości jest dla człowieka najzdrowsze. Kto zmierza ku dojrzałej miłości, automatycznie staje się człowiekiem bardziej zintegrowanym i coraz zdrowszym emocjonalnie.[1] Ostatecznym celem rozwoju jest miłość. Wobec tego każdy cząstkowy rozwój: fizyczny, emocjonalny, materialny, intelektualny, artystyczny czy religijny ma sens o tyle, o ile przybliża nas do celu najważniejszego. Jeżeli praca nad sobą i doskonalenie w jakiejś dziedzinie nie służy miłości, wówczas z chrześcijańskiego punktu widzenia przestaje mieć znaczenie lub nawet staje się czymś szkodliwym.

Można sobie wyobrazić, że ktoś osiąga wyżyny rozwoju fizycznego – zostaje złotym medalistą olimpijskim, zdobywa wszystkie ośmiotysięczniki lub osiąga niezwykle zgrabną i wysportowaną sylwetkę. Te wszystkie osiągnięcia, same w sobie dobre, będą wpływały na rzeczywisty rozwój osoby podejmującej wysiłek jedynie wówczas, gdy znajdą się w służbie miłości, a nie egocentryzmu. Jeśli rozwój fizyczny będzie zaprzeczał miłości, np. przez niszczenie konkurencji, zawiść, narcyzm, wtedy złoty medal olimpijski, zawieszony na szyi sportowca, może stać się kołem młyńskim, pociągającym go w przepaść. Gdy zgasną światła i zostaną wyłączone kamery, a trybuny opustoszeją, człowiek zostaje sam ze swoją ciemnością. I nie chodzi tu o jakieś dewocyjne straszenie „karą Bożą”, ale o rzeczywiste, subiektywnie odczuwalne poczucie klęski, nieszczęścia i oderwania od życia, które będzie mu towarzyszyło, ponieważ zainwestował wszystkie swe wysiłki w rozwój ciała, nie podporządkowując go miłości.

Są czasem ludzie, którzy osiągnęli szczyty w zakresie umiejętności komunikacyjnych. Potrafią świetnie stawiać granice, skutecznie przekazują swą wiedzę, zdobyli wspaniałe umiejętności interpersonalne, a jednak i oni będą przeżywać mniejszy lub większy dyskomfort emocjonalny w sytuacji, gdy ich rozwój odbywać się będzie poza porządkiem miłości.

[1] Warto zauważyć, że nieuwzględnianie w terapii miłości, jako celu rozwoju człowieka, spowalnia zdrowienie lub wręcz szkodzi procesowi terapeutycznemu, ponieważ bardzo często pacjent znalazł się w potrzebie terapii właśnie dlatego, że od miłości się oddalił. Każde zaburzenie emocjonalne, a niejednokrotnie i psychiczne – za wyjątkiem tych, których podłożem są zaburzenia biochemiczne – można rozpatrywać w perspektywie zakłócenia porządku miłowania. Neurotyk „kocha” siebie i innych w sposób nieuporządkowany, szkodliwy dla siebie samego i swego otoczenia. Na terapii chodzi więc o to, by człowiek podjął rozwój ku dojrzałej miłości. Jeśli tak się stanie, symptomy choroby miną, ponieważ pojawiają się one dlatego, że człowiek zszedł z właściwego kierunku życia. Uważa się, że objawy służą temu, by chorego na ten właściwy kierunek rozwoju – ku dojrzałej miłości – naprowadzić, a więc mają funkcję jak najbardziej pozytywną. Emocjonalność nie została nam dana po to, by nas męczyć lub upokarzać, lecz po to, by nas prowadzić we właściwą stronę.

Nie ma więc dojrzałej miłości bez postawy asertywnej, jednak asertywność sama w sobie nie jest celem naszego rozwoju. Aby właściwie miłować, trzeba umieć powiedzieć „nie”, stawiać granice i wymagania, jednak osiągnięcie asertywności nie kończy rozwoju człowieka. Celem rozwoju jest miłość. A przecież, słyszy się czasem, że ktoś osiągnął spektakularne wyniki w nauce i dokonał wielkich odkryć, pozostając zupełnie infantylnym w porządku relacji międzyludzkich – nieumiejącym budować związków z ludźmi, apodyktycznym lub wycofanym. Nauka może stać się formą ucieczki lub próbą zaistnienia w świecie, ale jedynie miłość pozwala człowiekowi unieść trud egzystencji i dać mu głębokie poczucie szczęścia i sensu istnienia.

Jest oczywiste, że rozwój materialny czy bogactwo i sława nie służą często ostatecznemu celowi człowieka. Same w sobie nie są z natury czymś złym, ale zdarza się, że zamykają na miłość. Może to kogoś zaskoczy, ale także rozwój religijny może nie służyć miłości lub nawet od niej oddalać. Człowiek jest istotą religijną z natury. Fakt ten w zasadzie nie wymaga uzasadnienia, wystarczy prześledzić historię ludzkości. Ateizm tylko potwierdza istnienie powszechnego instynktu religijnego, ponieważ, aby zostać ateistą, trzeba odrzucić coś, co ma się niejako we krwi. Większość ludzi wyczuwa istnienie Siły Wyższej. Rytuał religijny jest czymś pozytywnym i wypływa z głębokiego przekonania człowieka, że istnieje jakaś Rzeczywistość większa i głębsza niż wszystko, co nas otacza, a bycie człowiekiem to coś więcej niż spożywanie i wydalanie. Człowiek nie może sam siebie zrozumieć bez Siły, którą przez wieki i w różnych kulturach wyraża i nazywa na przeróżne sposoby[1]. Religijność wszystkich ludów jest wyrazem umieszczania się człowieka w porządku stworzenia: jest COŚ więcej, jest KTOŚ więcej. Tajemnicza Siła, stale obecna w zbiorowej świadomości, jaką tworzy przez dzieje rodzina ludzka, nieustannie zaprasza do podejmowania życia wewnętrznego. Religijność jest cenna, bo stwarza przestrzeń dla samoobjawiania się Mocy, która ingeruje coraz głębiej w życie ludzi, wskazując na Samą Siebie, jako na ostateczny cel ludzkiej egzystencji. Religia karmi się także zachwytem nad stworzeniem, który jest naturalnym doświadczeniem kontemplacyjnym.

Człowiek, otoczony pięknem stworzenia, przeżywa jednak ogromne osamotnienie. Jest ono skutkiem swoistego „oderwania od Ojca”, które w Tradycji Katolickiej nazywamy grzechem pierworodnym. Podstawowym uczuciem, towarzyszącym ludzkości po tym tragicznym „pęknięciu” jest lęk. Na Boże wołanie: Adamie, gdzie jesteś? – pierwszy człowiek odpowie: Przestraszyłem się, bo jestem nagi. Lęk niestety może stać się inspiracją dla religijności, która pomaga go opanowywać. Źródła życia wewnętrznego są wtedy zatrute, a rytuał, jaki się na tym nabudowuje, nie prowadzi do wolności i rozwoju, lecz do skarłowacenia osoby ludzkiej. Słusznie Karol Marks zauważył, że religia bywa opium dla ludu, bo pozwala niejako oswoić świat i zmniejszyć lęk egzystencji, który jest tak naprawdę lękiem przed przemijaniem i definitywnym unicestwieniem. Religijność może prowadzić człowieka do miłości, ale może także stać się przeszkodą dla rozwoju, gdy stanie się jedynie zabobonnym rytuałem lub będzie wykorzystywana do celów innych niż duchowe (np. politycznych).

Jeśli człowiek zatrzyma się na religijności zewnętrznej, łatwo może znaleźć się w pułapce pustych obrzędów karmiących się przyzwyczajeniem, tradycją, patriotyzmem, lękiem lub czymkolwiek innym. Osoba, która redukuje w ten sposób religijność, może nawet zabić z powodów religijnych drugiego człowieka i znaleźć się w opozycji wobec samego Boga. Tylko Jezus przeprowadza ludzkość od religijności (kult zewnętrzny oparty na prawie) do duchowości (kult wewnętrzny oparty na łasce).

Nauczyciel z Nazaretu powiedział, że nadchodzi czas, gdy Bogu nie będzie się już oddawało czci na żadnej górze ani w żadnej świątyni. Prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Bogu w duchu i prawdzie. Nie znaczy to oczywiście, że rytuał zewnętrzny lub zorganizowany kult przestał już mieć znaczenie. Sam Jezus nie przestał chodzić do świątyni. Prawdziwa i głęboka duchowość okazuje zawsze szacunek dla przejawów ludzkiej religijności, zarówno dla tradycji, z której sama wyrasta oraz dla innych tradycji religijnych. Jednak Chrystus ukazał, że religia o tyle spełnia swoje zadanie, o ile kieruje ludzi ku doświadczeniu wewnętrznemu, które ostatecznie przechodzi w kontemplację prowadzącą ku zjednoczeniu z Bogiem. Kult zewnętrzny jest niczym ciało dla duszy. Póki żyjemy w świecie materialnym, będziemy potrzebowali rytuału wyrażającego się na sposób zewnętrzny. Podobnie jak dusza przekracza ciało, tak duchowość przekracza religijność. Bóg przekracza wszystkie ludzkie tradycje religijne, nie dając się zamknąć do jednego wyznania. Bóg nie jest żydem ani muzułmaninem, nie jest także katolikiem, w co niektórym jest dość trudno uwierzyć. Odchodzenie ludzi od Kościoła zbyt łatwo tłumaczy się „złymi czasami” lub ateizacją i sekularyzacją wspieranymi przez wrogie religii siły. Jest oczywistym fakt, że nieprzyjaciel nie śpi, jednak kiedy czasy były lepsze?

A może ludzie odchodzą od religii, ponieważ nie znajdują w niej duchowości? Prawdopodobnie instynktownie wyczuwają, że rzeczywistość duchowa nie może być tak trywialnie i powierzchownie przeżywana, jak to się często dzieje w parafialnej codzienności. Po co mieliby trwać w religijności, jeśli ona sama w sobie nie wystarcza, niczego nie wyjaśnia i donikąd nie prowadzi? Gdy odpada motywacja narodowowyzwoleńcza, gdy nie ma już powodów do ukrywania się w kościołach, gdy wielu ludziom powodzi się materialnie coraz lepiej, nie ma już po co chodzić na nabożeństwa – chyba że dla głębi duchowej, ale ona w przeciętnej parafii bywa bardzo ukryta. Doszło nawet do paradoksu polegającego na tym, że kult, który miał prowadzić do mistyki, jest czasem sprawowany tak niedbale, że trzeba być mistykiem, aby odnaleźć w nim obecność Bożą. Nic więc dziwnego, że znudzony i zniechęcony człowiek zaczyna poszukiwać transcendencji gdzie indziej lub w ogóle przestaje jej szukać, goniąc za przyjemnością, która przynosi trochę ulgi. Nie może pragnąć czegoś, czego nie widzi i nie zna. A nie widzi i nie zna dlatego, że nikt mu nie pokazuje. Gdyby ludzie doświadczali życia nadprzyrodzonego, nikt by ich łatwo do religijności nie zniechęcił. Gdzie bowiem znajduje się padlina, tam także zlatują się sępy.

Religia przeżywana bardzo płytko, karmiąca się lękiem przed chorobą, nieszczęściem i śmiercią zaczyna przesłaniać Tego, który chce człowieka prowadzić ku miłości. Niedojrzała religijność może stać się przeszkodą w rozwoju zarówno dla tych, którzy ją praktykują, jak i dla tych, którzy są „na zewnątrz”. Dlatego św. Piotr usłyszał od Jezusa twarde słowa: zejdź mi z oczu szatanie, jesteś mi zawadą, bo nie prowadzisz ku temu, co Boskie, ale ku temu, co ludzkie (por. Mk 8, 33). Kult zewnętrzny powinien zawsze prowadzić do miłości, w przeciwnym razie religijność staje się bezużyteczna lub wręcz szkodliwa.

Religia zinstrumentalizowana może stać się w rękach władców tego świata narzędziem do uprawiania polityki, sposobem powstrzymywania rozwoju społecznego, aparatem manipulacji, może szerzyć nienawiść, zamiast prowadzić do rozwoju rodziny ludzkiej. Ograniczenie zadań religii nawet do tak szlachetnych celów, jakimi są obrona niepodległości lub wspieranie tożsamości narodowej, jest w rzeczywistości jej poniżaniem, bo prawdziwe cele religii są transcendentne. Religijność źle kształtowana i oparta na fałszywych przesłankach teologicznych, może także poważnie szkodzić zdrowiu emocjonalnemu ludzi ją praktykujących.

Przypisy:

[1] Warto zauważyć, że nieuwzględnianie w terapii miłości, jako celu rozwoju człowieka, spowalnia zdrowienie lub wręcz szkodzi procesowi terapeutycznemu, ponieważ bardzo często pacjent znalazł się w potrzebie terapii właśnie dlatego, że od miłości się oddalił. Każde zaburzenie emocjonalne, a niejednokrotnie i psychiczne – za wyjątkiem tych, których podłożem są zaburzenia biochemiczne – można rozpatrywać w perspektywie zakłócenia porządku miłowania. Neurotyk „kocha” siebie i innych w sposób nieuporządkowany, szkodliwy dla siebie samego i swego otoczenia. Na terapii chodzi więc o to, by człowiek podjął rozwój ku dojrzałej miłości. Jeśli tak się stanie, symptomy choroby miną, ponieważ pojawiają się one dlatego, że człowiek zszedł z właściwego kierunku życia. Uważa się, że objawy służą temu, by chorego na ten właściwy kierunek rozwoju – ku dojrzałej miłości – naprowadzić, a więc mają funkcję jak najbardziej pozytywną. Emocjonalność nie została nam dana po to, by nas męczyć lub upokarzać, lecz po to, by nas prowadzić we właściwą stronę.

[2] Warto zauważyć, że próby wyrażania bóstwa tym są czystsze, im mniej dosłowne. Stopniowe objawianie się Boga przez wieki doprowadziło w końcu do rozpoznania KOGOŚ, Kogo imienia nie można wypowiadać i Którego wyobrażenia nie wolno czynić. Jezus zaś przeniósł kult Boga ze świątyń kamiennych do serc ludzkich. I w ten sposób Objawienie osiągnęło swój szczyt i pełnię w Miłującym do końca Człowieku. Człowiek stał się obrazem Boga niewidzialnego.

Copyright 2015 - Bonifratrzy - Zakon Szpitalny św. Jana Bożego

realizacja: velummarketing.pl
do góry