Klasztor w Warszawie p.w. św. Ryszarda Pampuri

Konferencja 12 – Niezrozumienie błędów rodziców

Pierwszą pułapką tkwienia w niewoli ,,uczuć nazareńskich” może być wypieranie lub niezrozumienie błędów popełnionych przez rodziców. Trwanie w ślepej uliczce wyraża się w nierozumieniu tego, co się działo w relacjach rodzinnych i faktów, których nie widzi się takimi, jakimi rzeczywiście były. Ludzie idealizują swoje dzieciństwo, ponieważ spostrzeganie błędów rodziców wywołuje poczucie winy. Gdyby do świadomości dorosłego dziecka zostały dopuszczone trudne fakty, manipulacje i nadużycia, jakich dopuszczał się jego rodzic, uwolniłoby to wielkie pokłady gniewu. Dlaczego dzieje się tak, że wiele osób nie widzi relacji rodzinnych takimi, jakimi były w rzeczywistości?

Po pierwsze dlatego, że dziecko – dopóki tylko może – broni w sobie idealnego obrazu rodzica. Dla dziecka rodzic jest wszystkim i dlatego nie chce widzieć i rozumieć tego, co się działo, a czasem dzieje się nadal. Innym powodem może być wychowanie dziecka do lojalności. Rodzic od najmłodszych lat kształtuje w nim swój idealny obraz, zakazując wyrażania jakiegokolwiek sprzeciwu. Czasem posiłkuje się przy tym religią, zniekształcając sens biblijnego przykazania: Czcij ojca i matkę swoją, które w takiej interpretacji miałoby oznaczać: Nie krytykuj, nie sprzeciwiaj się rodzicom. Zdarza się, że dziecko ma wyidealizowany obraz obojga rodziców. Znacznie częściej jednak dochodzi do polaryzacji: jeden rodzic jest cały zły, bo np. pił, zdradził lub odszedł. A drugi jest cały dobry, ponieważ był tą przysłowiową „matką Polką” – żoną alkoholika, zdradzony, który wychowywał i był blisko. Na ten pozytywny obraz „lepszego” rodzica warto zwrócić szczególną uwagę, ponieważ „idealizacja” należy właśnie do istoty pułapki, o której się tu pisze.[1]

Wpadanie do „ślepej pułapki” zdarza się dość często, ponieważ w relacjach rodzinnych bywa wiele nieporządków. Na przykład, ojciec może mieć kłopoty z relacją wobec syna, który zaraz po narodzeniu stał się głównym partnerem swojej matki – zwłaszcza w przypadku, gdy jest on pierwszym dzieckiem, rzadziej dotyczy to także córek. Zdarza się, że kobiety niemal zakochują się w chłopcu, odsuwając mężów na bok. Ojciec staje się wtedy dla syna oschły, nie chwali go, bo widzi w nim rywala; walcząc o swoje miejsce w rodzinie, bywa agresywny wobec własnego dziecka. Oczywiście, staje się wtedy „tym złym”. Jednak cichym sprawcą całego nieporządku jest kobieta, która jawiąc się jako „ta dobra”, staje się wręcz obrońcą dziecka przed ojcem i cały układ negatywnie się wzmacnia. Im ona bardziej chroni dziecko przed „niedobrym ojcem”, tym ten staje się bardziej agresywny. Dziecko jest świadome swojej złości na ojca, a nieświadome gniewu wobec matki, która przecież zawsze stawała w jego obronie…

Klasyczna sytuacja to dziecko w rodzinie, w której jedno z rodziców było alkoholikiem lub też odeszło do innego związku. Łatwo wtedy ulec złudzeniu, że za całe zło odpowiadał tylko ten rodzic, który miał problem, a drugi był jego ofiarą. Dziecko nie ma wglądu w to, co się działo przed zdradą lub nałogowym piciem rodzica. Pamięta tylko okropne fakty ze swojego dzieciństwa, nie mając pojęcia o tym, co te zdarzenia poprzedzało. Dziecko nie rozumie, że za rozpad relacji małżeńskiej najczęściej odpowiadają oboje małżonkowie. Często wydaje ono wyroki stwierdzające winę lub niewinność, nie mając świadomości, że ten werdykt jest bardzo dużym, a często też krzywdzącym uproszczeniem.[2]

„Ślepa pułapka” grozi także wtedy, gdy jeden z rodziców uczynił dziecko powiernikiem swych bólów i tajemnic. Ma to miejsce szczególnie często, gdy rodzic samotnie wychowuje dziecko lub gdy jest ono wciągane w emocjonalną koalicję przeciwko drugiemu rodzicowi, jeśli małżonkowie są w kryzysie i ze sobą walczą. Dziecko jest wtedy zdezorientowane. Na pozór nie ma nic złego w tym, że matka lub ojciec dzieli się z dzieckiem swymi problemami. Czyż nie jest to oznaka zaufania i miłości?! Jednak tak nie jest – rodzic, który dzieli się z dzieckiem swoimi troskami, obciąża je.

Podobny mechanizm występuje, gdy mamy do czynienia z rodzicem nadopiekuńczym. Wydawałoby się, że nie ma nic złego w nadmiernej opiece: więcej troski o dziecko, to więcej miłości. Jednak nadopiekuńczość to postawa ze swej natury agresywna. Nie wynika ona z miłości do dziecka, lecz z lęku opiekuna o samego siebie. Dziecko przyjmuje każdy gest myśląc: moja mama mnie kocha. Gdy jako dorosły zrozumie, co się w rzeczywistości działo, pojawi się w nim fala gniewu, tłumionego od wielu lat. Gniew przychodzi po to, by ratować dziecko przed własnym rodzicem. Towarzyszy mu jednak często ogromne poczucie winy. Jak gniewać się na rodzica, który poświecił mi całe swoje życie? Jeśli nie nastąpi odblokowanie, „nazaretańskie uczucia” mogą trzymać człowieka na uwięzi.

Bywają rodzice, którzy „kochają” swoje dzieci „dla siebie” i „programują je” na lojalność. Nie pozwalają im odejść, trzymając na łańcuchu poczucia winy. Czasem odbywa się to w subtelny sposób, czasem, wręcz przeciwnie, jest wyrażane wprost. Rodzice potrafią „obdarować” dziecko prezentem w postaci domu w pobliżu ich zamieszkania, byle tylko mieć opiekuna na stare lata: Ponieważ jesteś najmłodszy, zostaniesz z nami na gospodarce i zajmiesz się nami na starość. Takim dorosłym dzieciom trudno jest odejść w swoją stronę bez poczucia winy. Nie mogą rozwinąć skrzydeł, ponieważ wydaje im się, że są coś winne rodzicom.

Dzieci nie zaciągają wobec swoich rodziców długu, który miałyby spłacać przez całe życie. Niektórzy nie rozumieją, że poczucie winy, które czują, nie jest reakcją wrażliwego sumienia, lecz „uczuciem nazaretańskim”, które ma swoje źródła w nieprawidłowych reakcjach rodzinnych. Warto to rozumieć i podjąć decyzję o odejściu z domu, nawet wbrew temu uczuciu, które jako reakcja emocjonalna nie zniknie od razu. Jednak rozum oświecony prawdą poprowadzi do wolności i pomoże nie ulec presji.

No, dobrze – powie ktoś – ale co w tej sytuacji z miłością wobec rodzica? Przecież i my, dzieci, mamy wobec nich obowiązek opieki na starość, to także wyraża się w prawie. Oczywiście, że tak” – należałoby odpowiedzieć. Nie chodzi o to, żeby przestać się kontaktować z rodzicami, czy tym bardziej, nie zająć się nimi, gdy zachorują lub się zestarzeją. Czym innym jest jednak podjęcie opieki nad ojcem i matką w sytuacji ich rzeczywistej potrzeby, udzielenie im wsparcia, ale na własnych warunkach, gdy się wcześniej od nich fizycznie, a zwłaszcza emocjonalnie odeszło. Natomiast czym innym jest „opieka”, która właściwie trwa nieprzerwanie od dzieciństwa, a dziecko nie zaczęło własnego życia. Zrozumienie tego faktu jest potrzebne, by móc owocnie żyć.

O „ślepej pułapce” mówi się dlatego, że dopóki człowiek dorosły nie zda sobie sprawy z tego, co się działo w jego domu rodzinnym, może mieć trudności w emocjonalnym opuszczeniu Nazaretu. Jego rodzice nie żyją już od wielu lat, a on sam nadal nie potrafi się zintegrować. „Uczucia nazaretańskie” dopominają się o prawdę i wypływają w nieoczekiwanych momentach, często doprowadzając go do rozpaczy: skąd we mnie tyle gniewu, dlaczego mam lęki, skąd we mnie to poczucie winy, gdy pozwalam sobie na drobne przyjemności? Niekiedy dorosły już człowiek, znajdując się ciągle w Nazarecie, próbuje go reformować, podczas gdy Nazaret trzeba opuścić – nawet Jezus tak uczynił, aby móc owocnie wypełnić Swoją misję.[3]

[1] Pewien mężczyzna z nerwicą lękową opowiadał, że miał wspaniałe dzieciństwo, pełne cudownych wspomnień, a jego rodzice byli naprawdę dobrzy i opiekuńczy. Gdy jednak zaczął dotykać szczegółów, okazało się, że od drugiego do piątego roku życia był wychowywany przez dziadków, a z rodzicami widział się raz na miesiąc lub nawet rzadziej. Powód? Rodzice prowadzili biznes i nie mieli czasu zajmować się swoim synem. Dziadkowie podjęli się ochoczo „adopcji” wnuka. Gdy powiedziano mu, że można sobie wyobrazić lepszych rodziców niż takich, którzy porzucają swoje dziecko na parę lat, przez dłuższą chwilę siedział cicho i nic nie mówił, próbując „przetrawić” takie spostrzeżenie. A gdy powiedziano mu, że i dziadkowie nieświadomie skrzywdzili go, przyjmując na dłużej do domu. Dojrzali dziadkowie powinni odesłać dziecko rodzicom z informacją: To wasze dziecko, a nasz wnuk, wy musicie się nim zająć. Być może użyli go do tego, by się poczuć mniej samotnie na starość – a wszystko wyglądało przecież tak szlachetnie. Gdy sobie to uświadomił, ten człowiek popadł niemal w odrętwienie. Okazało się, że przyczyną nerwicy były zablokowane uczucia gniewu wobec rodziców i dziadków. Gdy mężczyzna zaczął sobie na nie pozwalać, lęki zaczęły stopniowo ustępować.

Inny przykład: pewna kobieta miała niepohamowane ataki gniewu na swoją córkę i męża. Problematyka jej dzieciństwa ukazała ważną prawdę: miała wspaniałego i kochającego ojca oraz oschłą i nieprzyjazną matkę. Stwierdziła: Tata lubił się ze mną bawić, a mamę to bardzo złościło – na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że matka była zwyczajnie zazdrosna o córkę i dlatego wybuchała gniewem na męża. A w istocie rzeczy tata bawił się z córką wyłącznie w specyficznych okolicznościach: gdy pokłócił się z żoną. W rzeczywistości robił to po to, by małżonce zrobić na złość. Używał dziecka, a nie bawił się z nim. Gniew do ojca był tłumiony i co jakiś czas ujawniał się w relacjach rodzinnych tej kobiety.

[2] Mężczyzna miał chorą matkę na ciężką nerwicę deprywacyjną, która objawiała się chorobliwą zazdrością o męża. W jego domu dochodziło do dantejskich scen wywołanych przez zazdrosną kobietę, która wpadała we wściekłość dosłownie o wszystko: ojciec nie mógł nawet spojrzeć na inne kobiety. W momencie, gdy w szale porąbała drzwi siekierą, ojciec tego mężczyzny zdecydował się odejść z domu. Syn, który jako mały chłopiec, podlegał nienawistnej indoktrynacji matki, został całkowicie odcięty od możliwości kontaktu z nim. Przejął jej nienawiść i nigdy nie wybaczył swojemu ojcu tego, że odszedł z domu. Pozostając w „ślepej pułapce”, sam nie był w stanie zdrowo emocjonalnie żyć.

[3] Pewna młoda kobieta nieustannie zamartwiała się o rodziców, a szczególnie o ojca, który był na skraju wytrzymałości, żyjąc z żoną alkoholiczką. Kochająca córka szukała pomocy dla swoich rodziców, którzy nie podejmowali żadnych zmian, mogących uzdrowić chorą sytuację. Kryzys małżeński pogłębiał się, matka piła coraz bardziej, ojciec pomału wpadał w depresję, a ona spędzała godziny na rozmowach telefonicznych to z nim, to z matką, sama mając się coraz gorzej. Żadne z rodziców nie chciało podjąć terapii, a córka była gotowa, na każde zawołanie, przyjeżdżać do rodzinnego domu w sytuacjach kryzysowych. I tak było od lat.

Gdy dowiedziała się, że najlepsze, co może zrobić dla rodziców, to ograniczyć relację z nimi i zacząć żyć własnym życiem, była bardzo zdziwiona. Poradzono jej, aby gdy ojciec zadzwoni z prośbą o ratunek, odpowiedziała mu spokojnie i stanowczo: Nie, tato, nie przyjadę do was. Jeśli mama znowu się upiła i awanturuje się, dzwoń na policję – jestem teraz zajęta. Kocham was, ale to nie jest moja sprawa – jesteście dorośli i dałam wam już telefon do terapeuty”. Potrzebowała czasu, aby zrozumieć, że pomagając w dotychczasowy sposób, nieświadomie pogłębia problem. Zdarza się, że najlepsze, co możesz zrobić dla twojego Nazaretu, to odejść w swoją stronę.

Copyright 2015 - Bonifratrzy - Zakon Szpitalny św. Jana Bożego

realizacja: velummarketing.pl
do góry