Klasztor w Warszawie p.w. św. Ryszarda Pampuri

Konferencja 17 – Praca z wyobraźnią

Oprócz klasycznych nieprawdziwych myśli, wychodzących z ja fałszywego, trzeba jeszcze wspomnieć o stanach umysłu, w których nie trwa się w rzeczywistości, bowiem wtedy człowiek kieruje się ku fantazjom. Ludzki umysł ma skłonność do „uciekania w przód” – ku czemuś, co miałoby się wydarzyć w przyszłości oraz „w tył” – ku czemuś, co się już wydarzyło. W obydwu przypadkach następuje odrywanie się od rzeczywistości, bowiem ani marzenie, fantazja lub wspomnienie nie dzieją się naprawdę, TU I TERAZ.

Przeszłość i przyszłość nie istnieją

Trzeba wyraźnie odróżnić to, co słusznie nazywa się planowaniem lub podsumowaniem – wyciąganiem wniosków, od sytuacji, gdy myśli lokują osobę bez jej woli w świecie, który realnie nie istnieje. Dlatego Karol Wojtyła podkreśla: Trzeba unikać spiętrzenia wyobraźni.[1] Jeśli zdarzyło się komuś prowadzić w swojej głowie wielogodzinną dyskusję z kimś, kogo obok fizycznie nie było, to wiadomo, o czym jest mowa. Niektórzy potrafią prowadzić taki wewnętrzny spór latami. Zdarza się, że dyskutują z osobami nieżyjącymi, a wirtualne spory wpływają na ich nastrój. Niektórzy analizują godzinami: co by było, gdyby… lub co będzie, gdy… Inni z kolei uciekają w świat marzeń i fantazji. I są bardzo niezadowoleni, kiedy słyszą, że powinni te wszystkie myśli radykalnie odrzucić. Co więc miałbym myśleć w zamian? – i to jest bardzo dobre pytanie![2]

Walka z myślami fałszywymi

Pracy z myślami można nauczyć się od Ojców Pustyni! Zdarzało się, że ojcowie ci całymi latami zajmowali się porządkowaniem swojego myślenia. Apoftegmaty ukazują ich wielką determinację w tej dziedzinie. Ślad tej pracy widać także w opisie kuszenia Jezusa na pustyni. Charakterystyczne jest to, że Jezus za każdym razem zbija kuszenie diabła Słowem Bożym, wprowadzając właśnie myślenie prawidłowe. Tradycja ta jest setki lat starsza niż współczesne nauki psychologiczne. Ojcowie nauczali, żeby myśli niechciane zastępować krótkimi cytatami z Pisma Świętego, które byłyby właściwą odpowiedzią na kuszenie. Często powtarzane akty strzeliste w rodzaju: Jezu, ufam Tobie, Bóg jest miłością, Bóg mnie kocha takiego, jakim jestem, wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia – mogą doskonale służyć do usuwania myśli pochodzących z ja fałszywego.

Osoby, podejmujące walkę z myślami, mówią czasem o subiektywnym wrażeniu sztuczności nowego – prawdziwego myślenia. Za własne przyjmują myśli, które mają odrzucać, a myśli, które uznają za prawdziwe, odbierają jako sztuczne, niepasujące do siebie. Zjawisko to jest całkowicie naturalne. Dzieje się tak, ponieważ myśli fałszywe towarzyszyły im często przez wiele lat, czasem niemal od początku świadomego życia. Potrzeba mniej więcej dwóch lat pracy nad sobą, aby to wrażenie odwrócić i wtedy myśli z ja fałszywego są błyskawicznie identyfikowane i odrzucane. Należy uczyć się rozpoznawać fałszywe myślenie. Można także praktykować powtarzanie spisanego na kartce swego rodzaju „wyznania wiary”, zawierającego prawidłowe myśli, które człowiek ma traktować jak własną „konstytucję dogmatyczną” i powtarzać kilka razy dziennie, czytać w czasie wolnym, nauczyć się jej na pamięć.

Proces oczyszczania umysłu z myśli i przekonań pochodzących z ja fałszywego przypomina oczyszczanie miasta z nieproszonych gości. Na początku trudno odróżnić „kto swój, a kto nie swój”. Należy więc legitymować wszystkich i w ten sposób doprowadzić do tego, by w mieście pozostawali jedynie legalni mieszkańcy. Następnie straże miasta stają na jego wałach obronnych i już tutaj sprawdzają tych, którzy chcą się dostać w obręb murów. Stopniowo granice przesuwają się dalej, aż wreszcie strażnicy już z daleka, na rogatkach, przeprowadzają selekcję: „Stój! Ktoś ty?” – jeśli myśl nie pochodzi z ja prawdziwego, nie zostaje w ogóle wpuszczona. Doświadczenie pokazuje, że taka zmiana jest jak najbardziej możliwa i po pewnym czasie osoba pracująca nad sobą dziwi się, jak w ogóle mogła myśleć „po staremu”.

Myśli nie powinny się paść jak owce niemające pasterza, nie powinny „chadzać sobie”, gdzie chcą i kiedy chcą. W przeciwnym razie jedna zaplącze się w krzaki, inna spadnie ze skały, a pasterz razem z nią. Czasem trzeba się uciekać do różnych sposobów i tricków. Jeśli nic nie pomaga i myśli z ja fałszywego kłębią się jak węże, lepiej włączyć radio, posłuchać powieści z audiobooka, zadzwonić do kogoś, zająć uwagę czymś innym. Słowem, zrobić wszystko, co się po ludzku da, aby nie dopuszczać do głosu ja fałszywego.

Uważność

Ogromną pomocą mogą okazać się tu różne techniki uważnościowe, które mają za cel utrzymanie uwagi i świadomości na tym, „co jest tu i teraz”[3]. A od nich jest już blisko do tego, by utrzymywać uwagę na Tym, który jedynie jest. Uważność w czynnościach codziennych, zwłaszcza nieangażujących intelektu, jest pierwszym krokiem do modlitwy nieustannej, w której cały czas utrzymuje się świadomość przy Bogu. Ma się tu do dyspozycji wspaniałą naukę chrześcijańskiej tradycji Kościoła Zachodniego i Wschodniego.

Myślenie pozytywne a prawdziwe

Istnieje także istotna różnica pomiędzy tym, co nazywa się „pracą z myślami”, a tym, co zwykło się określać mianem „pozytywnego myślenia”. Podobieństwa są powierzchowne, a różnice w skutkach praktykowania zasadnicze! Pozytywne myślenie to pojęcie niejednoznaczne. Często rozumie się przez nie wmawianie sobie pozytywnych stwierdzeń lub swego rodzaju zaklinanie rzeczywistości, aż do wiary w magiczne działanie sprawcze tego myślenia, które miałoby gwarantować sukces, zdrowie i dobrobyt. Choć nie zawsze ma się do czynienia z okultystyczną wersją pozytywnego myślenia, jednak często sprowadza się ono do budowania bardziej pozytywnego i przyjemnego ja fałszywego. Powtarzanie sobie sformułowań w rodzaju: jestem silny, uda mi się, dam radę, osiągnę sukces – to nic innego, jak budowanie budowli na piasku, być może trochę bardziej komfortowej i ładniejszej zewnętrznie, jednak osadzonej bez fundamentu. Tak zwana „autoafirmacja” nie przynosi żadnych korzyści zdrowotnych, wręcz przeciwnie, jest szkodliwa, bo nie opiera się na prawdzie.

Na przykład stwierdzenie: poradzę sobie jest tak samo fałszywe, jak spostrzeżenie: nie poradzę sobie. Prawdziwe myślenie mogłoby wyglądać tak: chcę sobie poradzić i zrobię wszystko, co potrafię, aby mi się powiodło! Mam nadzieję, że mi się uda, ale jeśli sobie nie poradzę, to nie będzie koniec świata. Moja wartość od tego nie zależy. Jeśli będzie można, spróbuję jeszcze raz. Jasno widać, że istnieje zasadnicza różnica pomiędzy pozytywnym myśleniem a myśleniem prawdziwym. Może się oczywiście zdarzyć, że myśl pozytywna jest równocześnie prawdziwa, ale nie zawsze tak jest i trzeba na to zwrócić uwagę. Właśnie dlatego zaznacza się pojęcie „prawdziwego myślenia” w opozycji do „myślenia pozytywnego”.

[1]W. Połtawska, Beskidzkie rekolekcje, dz. cyt., s. 48.

[2] Pewien człowiek parę lat temu został zraniony przez ważnych dla niego ludzi i spotkania z nimi wzbudzały w nim ogromny bunt przeciwko temu, jak został potraktowany. Na nic były jego wysiłki zmierzające do tego, by czuć się dobrze i „zapomnieć”. Nie tylko pojawiał się w nim gniew, smutek i żal, ale także niekończące się dyskusje, które miały dowodzić tego, że racja jest po jego stronie. Adwersarze nie wyrażali jednak skruchy ani żalu, lecz wręcz przeciwnie, mieli święte przekonanie, że zachowali się wobec pokrzywdzonego słusznie i nie mają sobie nic do zarzucenia. To wzbudzało w nim jeszcze większą wewnętrzną dysputę, owocem której była tak wielka złość, że dosłownie trząsł się fizycznie na ich widok. Czuł się z tym źle i miał do siebie pretensję, bo uważał, że z jego myśleniem oraz odczuwaniem, ciągle mu daleko do miłości nieprzyjaciół: Skoro nie potrafię znieść widoku tych, którzy w końcu wielkimi wrogami dla mnie nie są, to jak pokocham prawdziwych nieprzyjaciół? – myślał i był zgnębiony samym sobą.

I wreszcie zdarzył się cud. W czasie pewnej liturgii stał w kościele i zadręczał się sobą, gdy nagle dotarło do niego, że najzwyczajniej w świecie jest kuszony. Zdał sobie sprawę, że jest ono bardzo subtelne, ponieważ dokonuje się w jego głowie i może mieć on wrażenie, że „tak myśli, jak myśli”. A jednak ja, ze swego najgłębszego poziomu, wybierało inny sposób myślenia! Po pierwsze: ja zdecydowało, by uznać, że jego adwersarze naprawdę nie rozumieją, że go zranili i w związku z tym, nie ma co czekać na ich skruchę. Po drugie: zdecydował się, że postanawia ich kochać i nigdy nikomu źle o nich nie mówić, a gdy spotka ich w jakichś innych okolicznościach, chce się uśmiechnąć i być wobec nich życzliwie nastawionym. To jest mój wybór i tylko to się liczy – zadeklarował wewnętrznie – wobec tego każda inna, niezgodna z moim wyborem myśl, będzie odtąd traktowana przeze mnie jak „obcy”, który bez pozwolenia wdarł się na terytorium mojego umysłu i będzie stanowczo odprowadzony poza moje granice. Nie muszę się zadręczać brakiem przebaczenia, ponieważ ja wybieram miłość. Zatem ponoszę odpowiedzialność za to, co wybieram, a nie za to, co mi się jeszcze może narzucać wbrew mojej woli. Amen! I w tym momencie poczuł ogromną ulgę! Było to tak, jakby ktoś zdjął z niego wielki kamień. Poczuł wolność i radość, i ku jego zdziwieniu, myśli, które dotąd kłębiły się w nim, rozpierzchły się momentalnie. Po prostu, ich nie było! W jego wnętrzu pozostały wyłącznie tylko te, które wybierał! Wszystko zostało ucięte jak mieczem, jedną wewnętrzną decyzją i wyborem woli. Stare myśli jeszcze kilkakrotnie próbowały się wedrzeć na jego terytorium – w przeciągu kilku miesięcy, ale robiły to zdecydowanie mniej śmiało, sporadycznie i bardzo szybko „siły wewnętrznego reagowania” rozpoznawały je jako obce. Po pół roku nie pojawiały się już wcale! A on miał poczucie, że łaska zwyciężyła w jego życiu.

Ten człowiek toczył w swojej głowie walkę z myślami, niemal dokładnie tak, jak opisywali ją Ojcowie Pustyni. Przykładem jest Ewargiusz z Pontu (345-399) –  mnich, teolog, mistyk, jeden z najznamienitszych Ojców Pustyni, który stworzył typologię ośmiu namiętności, nurtujących umysł człowieka po grzechu pierworodnym. Okto logismoi to według niego osiem grzechów głównych, którym odpowiadają namiętne myśli przeszkadzające modlitwie i kuszące do grzechu.

[3] Np.: kiedy smażę kotlety, to samże kotlety, czyli dbam o to, aby moja myśl utrzymywała się przy czynności, którą akurat wykonuję, chyba, że zdecyduję się medytować Słowo Boże przy prostych, codziennych czynnościach.

Copyright 2015 - Bonifratrzy - Zakon Szpitalny św. Jana Bożego

realizacja: velummarketing.pl
do góry