Klasztor w Warszawie p.w. św. Ryszarda Pampuri

Konferencja 6 – Boskie aspiracje ja fałszywego

BOSKIE ASPIRACJE JA FAŁSZYWEGO

Człowiek żyjący w ja fałszywym ma boskie aspiracje i umieszcza poprzeczkę wymagań na poziomie niemożliwym do osiągnięcia. Wyróżnia się cztery główne „boskie” przymusy wewnętrzne, jakim ulega osoba dotknięta tzw. niskim poczuciem wartości: 

  1. WSZYSTKO MUSI MI WYCHODZIĆ
  2. WSZYSCY POWINNI MNIE LUBIĆ I SZANOWAĆ
  3. WSZYSTKO POWINNO IŚĆ PO MOJEJ MYŚLI
  4. KAŻDY CZŁOWIEK POWINIEN MYŚLEĆ I DZIAŁAĆ ZGODNIE Z TYM, JAK JA UWAŻAM
  1. Wszystko musi mi wychodzić

Gdy ktoś żyje pod przymusem, że wszystko musi mu wychodzić, przeżywa trudne chwile, jeśli coś mu się nie powiedzie. Człowiek chce, aby wszystko mu się udawało, ale doskonale wie, że tak nie będzie działo się zawsze. Cóż, każdy jednak jest tylko „zwykłym człowiekiem”! Co innego „bogowie” – im zawsze wszystko musi wyjść! Jeśli więc człowiek, który ma boskie aspiracje, skonfrontuje się z tym, co mu się nie udaje – czyli, że jednak bogiem nie jest – spada z ogromnej wysokości i mocno się tłucze. Popada w smutek, a nawet w rozpacz, przeżywając potężną frustrację i wycofuje się w ogóle z jakiegokolwiek działania. Ja fałszywe nie jest w stanie znieść żadnej porażki. „Zwykli ludzie”, również nie czują się przyjemnie, gdy im coś nie wyjdzie, ale cóż, im może nie wyjść! Będą próbować dalej. Dla ja fałszywego porażka jest czymś okropnym![1] Są osoby, u których niemal panikę wywołuje myśl, że mogłoby się wydać, że korzystają z pomocy terapeutycznej. Ogromną obawę budzi w nich możliwość spotkania terapeuty na prywatnej stopie, bo przecież sama znajomość może świadczyć o tym, że chodzą na terapię. Rozumie się oczywistą potrzebę intymności ludzi przechodzących terapię, ale bardzo nasilony lęk tego typu demaskuje boski przymus ja fałszywego: nikt nie może się dowiedzieć, że mam problemy – przecież bogowie ich nie mają.

Ja fałszywe potrafi bez przerwy konkurować z innymi. Staje w szranki i porównuje się: czy jestem wystarczająco dobre? To sprawia, że osoby z tzw. niskim poczuciem wartości, wycofują się z wielu działań życiowych. Jeśli ktoś ma aspiracje, aby być Bogiem, musi być najlepszy.

  1. Wszyscy powinni mnie lubić i szanować

Jeśli ktoś ma boski przymus, że wszyscy muszą go lubić, chwalić i szanować, to gdy się skonfrontuje z postawą niechęci lub z nawet delikatną krytyką, przeżywa ogromne upokorzenie. Dla ja fałszywego nie do zniesienia jest sytuacja, że coś się komuś w nim nie podoba. „Zwykli ludzie”, doskonale wiedzą, że „jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził” i dlatego ich można skrytykować, można mieć jakiś defekt ciała, ich wygląd nie musi być perfekcyjny. Oni mogą się publicznie zająknąć, przyznać do błędu, mogą mieć plamę na spodniach itp. Ale oni są „zwykłymi ludźmi”! Owszem, jest im przykro, gdy ktoś ma coś przeciwko nim, ale tak już w życiu bywa. Tylko ten, co nic nie robi, nie popełnia błędów i nie podlega krytyce.

Co innego bogowie! Ci muszą być perfekcyjni, bo muszą doznawać od ludzi niemal boskiej czci. Jeśli coś im nie wyjdzie, przeżywają okropną frustrację. Absolutnie nie wolno ich skrytykować lub z nich żartować. Jeśli zdarzy się komuś zapomnieć o ich imieninach, będzie koniec świata. Jeżeli ważna dla nich osoba wyróżni kogoś innego, np. uśmiechnie się, zaprosi do tańca lub podejdzie, by porozmawiać na przyjęciu, są bliscy załamania, ponieważ okazuje się, że są traktowani na równi z innymi, podczas gdy ich ja fałszywe chciałoby być bogiem i tak jak Bóg otrzymywać boską cześć. Gdy tak się nie dzieje, człowiek z tzw. niskim poczuciem wartości czuje się głęboko zraniony i postanawia, że już nigdy nie będzie się wychylać, zrywa znajomość lub stara się zniszczyć tego, kto go skrytykował – dzieje się to bardzo często nieświadomie. Skoro tak się sprawy mają, nie warto utrzymywać kontaktu – myśli sobie ja fałszywe i porusza się wyłącznie w obszarze, w którym jego boska pozycja jest niezagrożona.[2]

  1. Wszystko powinno iść po mojej myśli

Jeśli ktoś ma „boski przymus”, że wszystko powinno iść po jego myśli, będzie przeżywał tragedię, gdy coś pójdzie nie tak, jak oczekuje. A wszystko może pójść nie tak: na urlopie może padać deszcz, pociąg może się spóźnić, można „złapać gumę” w trakcie pilnej podróży samochodem, ktoś może nam sprzed nosa kupić ostatni świeży chleb. Można także rozchorować się, zestarzeć i nawet umrzeć – dla niektórych to ostatnie wydaje się czymś nieprawdopodobnym. „Zwykłym ludziom” to się zdarza. Życie jest trudne – o tym się wie i należy jakoś sobie radzić. Owszem, człowiek nie jest obojętny na trudności i martwi się czasem z bardzo różnych powodów; jest mu przykro i cierpi, taki jednak jest człowieczy los.

Co innego bogowie, oni każdą przeciwność przeżywają jak koniec świata! Upadek z „boskich wysokości” prowadzi ich do zdumiewającego odkrycia, że są tylko ludźmi. Dla wielu bogów jest to nie do zniesienia i wpadają we frustrację, smutek, melancholię lub depresję. Nie chce im się żyć. Ja fałszywe chciałoby przenieść do wieczności swoje fałszywe życie, ale to mu się nie uda!

  1. Każdy człowiek powinien myśleć i działać zgodnie z tym, jak ja uważam

Czwarty przymus to „chcieć, aby wszyscy myśleli i działali zgodnie z tym, co ja uważam”. Ten przymus jest być może najbardziej boski, bo oznacza po prostu stwarzać bliźniego na własny obraz i podobieństwo. Być może jest to także najbardziej rozpowszechniony przymus, przynajmniej w Polsce. Wystarczy przysłuchać się nocnym Polaków rozmowom na tematy polityczne. Oto pragnienia ja fałszywego: zawładnąć drugim, mieć go dla siebie w całości, sprawić, by był zainteresowany wyłącznie mną, sprawić, by myślał wyłącznie to, co ja uważam za słuszne, by zachowywał się wyłącznie w taki sposób, jaki ja akceptuję, by miał moje – oczywiście najlepsze i najsłuszniejsze – poglądy polityczne. Z tego właśnie boskiego przymusu bierze się chorobliwa zazdrość i ambicja, niekiedy nawet wybuchy szału wobec ludzi inaczej myślących, o odmiennych poglądach, wyglądzie i zachowaniu. „Boskie” ja fałszywe zmierza do tego, aby wszystkich skupić na sobie, by kształtować świat według swego wyobrażenia. Gdy się to nie udaje, wpada we frustrację, izoluje się lub częściej atakuje. Większość sprawców przemocy to ludzie niedowartościowani.[3]

Zagadnienia, które tu się omawia, znajdują się na styku psychologii i duchowości. Patrząc na działalność Jezusa od strony psychologii, można zobaczyć, że wzywał On ludzi do tego, by zdecydowali się na porzucenie ja fałszywego i poszukiwali prawdziwego ja. Zdania: Kto chce zachować swoje życie, ten je straci (por. Łk 17,33); Jeśli ziarno nie obumrze, pozostanie samo (por. J 12, 24), można sparafrazować: kto chce zachować ja fałszywe, ten straci ja prawdziwe; jeśli ja fałszywe nie obumrze, nie będziesz zdolny do miłości. Przypowieść o budowaniu na piasku lub na skale rzuca światło na to, jak warto żyć: czy budując na ja fałszywym – piasek, czy też opierając się na swej rzeczywistej wartości, która pochodzi od Boga – skała?

Słynne zdanie św. Pawła również można odczytać w tym kontekście: Już nie ja (fałszywe) żyję, lecz żyje we mnie Chrystus (por. Ga 2, 20). Okazuje się, że rozpad ja fałszywego otwiera osobę na przyjęcie łaski. Gdy podróbka życia rozpadnie się, nic już nie stoi na drodze do przebóstwienia. By można było jednak tego doświadczyć, ja fałszywe musi ulec całkowitemu unicestwieniu. Dopiero ja prawdziwe stwarza przestrzeń dla łaski, czyli jest ono potencjalną pojemnością na łaskę.

Gdy rozpadnie się ta struktura próbująca imitować boskość i człowiek porzuci wreszcie wszystkie mechanizmy obronne, oddzielające go od niego samego, ludzi i od Stwórcy, może miłować czystą miłością, która ma swoje źródło w samym Bogu. Adam po upadku wychodzi z zarośli i nie musi stosować żadnych przepasek, aby ukryć swoją nagość (por. Rdz 3, 9-11). Zgoda na własną słabość pozwala mu ponownie znaleźć się w ramionach Ojca, w których odkrywa także własne piękno i wartość. Na tym właśnie polega droga świętości chrześcijańskiej – otworzyć się na łaskę do tego stopnia, by poprzez uczestnictwo w życiu Bożym stać się Chrystusem. KKK cytuje wspaniałą formułę mówiącą, że Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek mógł stać się Bogiem.[4] Taki to oszałamiający cel rozwoju odkrywa się przed człowiekiem![5]

Miłość jest możliwa wyłącznie z poziomu ja prawdziwego. Dopiero wtedy ma się kontakt z własną wartością, która jest nieskończona i nie wymaga budowania lub obrony. Także relacja z Bogiem jest możliwa wyłącznie z poziomu ja prawdziwego. Odkrywa się wtedy, że Bóg człowieka nie odrzuca z powodu jego słabości, przeciwnie, właśnie ta słabość przyzywa Jego miłość miłosierną. Zaczyna się on stopniowo otwierać na łaskę i w ten sposób droga pokornego przyjęcia samego siebie staje się drogą do zjednoczenia z Bogiem.

Poprzez ja prawdziwe ma się dostęp do nieskończoności. Używając współczesnych obrazów, można powiedzieć, że ono jest niczym link, poprzez który można wejść w wieczność, ciągle jeszcze żyjąc w czasie. Kto ma dostęp do ja prawdziwego, staje się wolny od okoliczności zewnętrznych i od samego siebie, nie będąc zmuszonym do nakładania żadnych masek. Odkrywa życie w sobie samym, przez co jest wolny od opinii ludzkiej, stanu gospodarki czy czegokolwiek innego (por. J 5, 26). Nie musi zabiegać o powodzenie, sukces lub sławę. Nie troszczy się nadmiernie o swoje zdrowie. Owszem, dotykają go trudności, ale nie mogą odebrać mu życia, ponieważ wie, że ma w sobie źródło życia, którym jest sam Bóg. Odzyskana wolność staje się punktem wyjścia dla miłości i służby. Odkrywszy swoją wartość, tożsamość, godność i piękno, człowiek zaczyna żyć pełnią talentów i zdolności. Rozwija je, czyniąc sobie ziemię poddaną (por. Rdz 1, 28). Angażuje się w życie społeczne, polityczne, gospodarcze i kulturalne, w służbie rodziny ludzkiej. Dlatego można powiedzieć, że wtedy kształtują się w człowieku dwie cnoty: stanowczość i łagodność – współistniejąc ze sobą, są oznakami życia w ja prawdziwym.

 

[1] Oto przykład młodego mężczyzny, który doznał w dzieciństwie odrzucenia ze strony ojca i panicznie obawiał się ponosić porażki w jakiejkolwiek dziedzinie. Uczucie wstydu ograniczało jego życie. Gdy nastąpił przełom w terapii, zdecydował się w rozsądny sposób powiedzieć niektórym znajomym, że korzysta z pomocy psychologicznej. Był bardzo zdziwiony, gdy okazało się, że jego koledzy i koleżanki z pracy nie tylko go nie wyśmiali i nie odrzucili, a wręcz przeciwnie, wyrazili mu swoje wsparcie i szacunek. Jeszcze bardziej go zdziwiło, że niektórzy poprosili go o wizytówkę specjalisty.

[2] Pewna osoba obraziła się śmiertelnie, gdy została poproszona o przesunięcie się dosłownie o metr, bo zasłaniała coś na tablicy, która stała za nią z tyłu. Inna, zerwała relację ze znajomymi, ponieważ, według niej, wyśmiewali ją w rozmowach. Nie wiadomo nawet, o co dokładnie chodziło, prawdopodobnie o jakiś niewinny żart, który w jej odczuciu był nie do przyjęcia. To uczy, że żartować, owszem, trzeba i można, ale wyłącznie z siebie. Nigdy nie wiadomo, co przeżywa drugi człowiek.

[3] Osoby z tzw. niskim poczuciem wartości mają poprzeczkę zawieszoną na boskim poziomie, wyżej niż przeciętni ludzie i gdy nie mogą tej poprzeczki przeskoczyć, przeżywają załamanie. Zdarza się, że w gabinecie stawia się taką osobę na krześle i gdy jej już wytłumaczy się, na czym rzecz polega, psychoterapeuta chodzi dookoła niej, recytując żartobliwie hymn „Chwała na wysokości Bogu”: „Chwalimy Cię, błogosławimy Cię, wielbimy Cię, wysławiamy Cię”. I co się dzieje? Otóż, niektórzy tego nie wytrzymują i wołają: „Dość, dość, proszę już przestać!” i natychmiast zeskakują z krzesła. Inni jednak uśmiechają się błogo i gdy ich zapytamy, jak się czują, odpowiadają z niezwykłą szczerością: „Fajnie!” – nawet nie próbują udawać zażenowania i śmieją się serdecznie.

Dobrym testem na ja fałszywe jest zapytanie osoby z tzw. niskim poczuciem wartości, czy zgodziłaby się być przeciętna w jakiejś dziedzinie. Może się to wydawać niewiarygodne, ale niektórzy przeżywają niemal atak paniki na myśl o tym, że mogliby być przeciętni. Dziwne, prawda? Z jednej strony deklarują, że są „nic niewartym zerem”, z drugiej wpadają w rozpacz usłyszawszy, że być może są po prostu przeciętni. To demaskuje prawdziwą naturę tego, co potocznie nazywa się niskim poczuciem wartości, a jest nią pycha.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden ważny aspekt. U wszystkich osób, które stoją już na tym „boskim krzesełku” i patrzą „z góry” na innych ludzi, zauważa się pewien paradoks. Niby czują się gorsi, a jednak bardzo łatwo osądzają ludzi i są w swych ocenach niezwykle surowi! Nierzadko wręcz pogardzają innymi, nikomu nie ufają i są przekonani, że ludzie są źli. Ich postawa wobec bliźnich stoi pozornie w sprzeczności z tym, że sami uważają się za niewiele wartych. Gdyby akceptowali swoją słabość, byliby miłosierni dla innych. Jednak to właśnie „z wysokości”, jako pseudobogowie, uzurpują sobie prawo do surowej oceny i krytyki drugiego człowieka.

[4] KKK nr 460: Słowo stało się ciałem, by uczynić nas uczestnikami Boskiej natury (2 P 1,4). Jaka jest racja, dla której Słowo stało się człowiekiem, Syn Boży Synem Człowieczym: aby człowiek, jednocząc się ze Słowem i przyjmując w ten sposób synostwo Boże, stał się synem Bożym. Istotnie, Syn Boży stał się człowiekiem, aby uczynić nas Bogiem (…) Jednorodzony Syn Boży, chcąc uczynić nas uczestnikami swego Bóstwa, przyjął naszą naturę, aby stawszy się człowiekiem, uczynić ludzi bogami.

[5] Można w tym miejscu odnieść się do bardzo podobnych sformułowań używanych przez New Age. Zarówno wywodząca się od Karola Junga psychologia głębi oraz inne kierunki „duchowości”, mieszczące się w sposobie myślenia New Age, podkreślają pewien „boski potencjał” człowieka, który ten powinien w sobie odnaleźć. New Age, nie dbając o spójność filozoficzną, wybiera to, co chce z psychologii i różnych tradycji religijnych – w tym i z chrześcijaństwa! – „małpując” prawdziwą duchowość i psychologię. Według prądów myślowych związanych z New Age, człowiek miałby odkryć swoją boskość, stosując przeróżne techniki samozbawienia, podczas gdy chrześcijaństwo wzywa do współpracy z łaską, którą człowiek darmo otrzymuje od Boga –przyjęcie Zbawiciela. Ta współpraca to wiara, modlitwa, asceza i miłość bliźniego. Człowiek nie jest „uśpionym” bogiem, lecz stworzeniem. Człowiek nie odkrywa swego bóstwa, lecz może przyjmować laskę, która go przebóstwia.

Można z całą pewnością powiedzieć, że New Age głosząc wyzwolenie człowieka, zaprasza go do wybudowania wysublimowanej świątyni ja fałszywego i w ten sposób paradoksalnie czyni go niewolnikiem samego siebie. Różnica pomiędzy New Age a chrześcijańskim ujęciem rozwoju jest w tym miejscu fundamentalna, a jednocześnie bardzo subtelna. Niestety, zdarza się, że chrześcijanie jej nie zauważają i albo dają się uwieść New Age, lub wręcz odwrotnie, chcąc zachować wierność nauce katolickiej, odrzucają to, co jest samym sednem duchowości chrześcijańskiej – perspektywę przebóstwienia człowieka na drodze kontemplatywnej.

Odpowiedzią na te błędy może być chrześcijańska koncepcja rozwoju, oparta na Chrześcijańskiej Terapii Integralnej (ChTI). Stosuje się w niej różne techniki terapeutyczne nie po to, by dać człowiekowi złudzenie boskości, lecz po to, by poprzez zrozumienie siebie mógł stanąć wobec Boga z prośbą o uzdrowienie – zbawienie. Choć wyzwolenie przychodzi od Boga, uczciwym jest zrobienie wszystkiego, co w ludzkiej mocy, by się na to otworzyć. Jak mawiała ponoć Joanna d’Arc: Trzeba walczyć, aby Bóg dał zwycięstwo. Dlatego w ChTI praca nad sobą ma fundamentalne znaczenie.

Copyright 2015 - Bonifratrzy - Zakon Szpitalny św. Jana Bożego

realizacja: velummarketing.pl
do góry