Klasztor w Warszawie p.w. św. Ryszarda Pampuri

Konferencja 3 – Czym jest miłość ?

CZYM JEST MIŁOŚĆ?

Skoro rozwój ma nas prowadzić ku miłości, potrzebujemy zrozumieć, czym jest miłość. Po czym możemy poznać, że mamy do czynienia z miłością? W jaki sposób miłość oddziałuje na tego, ku któremu jest skierowana? Jeśli Bóg jest miłością, to próba podania jej definicji przekracza ludzkie możliwości. Dlatego zostanie wydobyty pewien aspekt miłości i podana jej definicja, mając zarazem pełną świadomość jej niedoskonałości. Brzmi ona następująco: miłość jest aktem skierowanym ku dobru człowieka.

  1. Miłość jest aktem …

Miłość jest aktem, czyli konkretnym działaniem, które może być podjęte lub też nie. Miłość nie jest uczuciem, z którym bardzo często jest mylona. Miłość może być podtrzymywana przez różne uczucia i to nie tylko te przyjemne, np. uczucie przyjaźni, zakochania, serdeczności, ale także przez te powszechnie uznawane za „negatywne”, np. gniew, zazdrość. O tym, czy uczucie poruszy człowieka ku miłości, decyduje wola i rozum, gdy tych zabraknie, bardzo często mamy katastrofę…

Miłość może się jednak wyrażać poprzez uczucie. Oczyszczona i właściwie przeżywana emocjonalność idzie w parze z miłością. W miarę jak postępujemy w rozwoju, coraz rzadziej musimy działać wbrew uczuciom. Coraz częściej zdarza się nam w jednym akcie miłować i czuć miłość. Zatem: czym posługuje się miłość? Jakie akty należą do porządku miłości? Na czym polega jej działanie? Można powiedzieć, że miłość, podobnie jak ptak, ma dwa skrzydła. Potrzebuje ich obydwu, żeby lecieć do celu – pierwszym skrzydłem jest afirmacja, a drugim wymaganie: miłość wyraża się więc przez afirmację i wymaganie.

Afirmacja płynie z najgłębszych poziomów duszy. Tylko ten, kto ma serce prawdziwie kochające i zanurzone w Bogu, potrafi autentycznie afirmować. Miłość pozwala drugiemu doświadczyć subiektywnie, że jest miłowany. Gdy afirmacja jest rzeczywista, dokonuje się na wszystkich poziomach ludzkiej natury: fizycznym, emocjonalnym i duchowym. Serca nie da się oszukać – prawdziwa afirmacja to coś więcej niż wypowiadane mechanicznie słowo lub gest czyniony na polecenie rozumu. Afirmacji nie można wyćwiczyć. Jest darem, zarówno dla tego, kto afirmuje, jak i dla tego, kto jest afirmowany. Wyraża się w czułym spojrzeniu, geście, słowie, czasem w milczeniu. Prawdziwa afirmacja jest doświadczeniem mistycznym: zaskakuje, zarówno tego, kto kocha, jak i tego, kto jest kochany. Tak naprawdę, tym, który afirmuje jest Bóg, my jedynie stwarzamy przestrzeń dla Jego miłości. Afirmacja jest czymś pięknym i przyjemnym, wzruszającym i poruszającym do głębi.

Drugie skrzydło miłości, bez którego miłość nie będzie dojrzała, to wymagania. Stawia się je nie pomimo tego, że się kocha, ale dlatego, że ktoś kocha. Niestawianie wymagań to częsty brak w miłości. Zdarza się, że ludzie mylą miłość bezwarunkową z miłością niestawiającą wymagań: Skoro Bóg kocha mnie takiego, jakim jestem – myśli się – to nie muszę nic zmieniać, a inni powinni mnie zaakceptować. Jednak to nieprawda. Jezus nie przyszedł na świat po to, aby zredukować obraz Boga do rozmiarów ciasnego serca ludzkiego, lecz po to, aby człowieka przebóstwić. Miłość porywa w górę, a dzieje się to między innymi poprzez wymagania.

Jeśli kogoś się kocha, nie pomija się niewygodnej prawdy, utrzymując przyjemną atmosferę kosztem jakości relacji. Nie będzie wahania w mówieniu trudnych rzeczy lub wskazywania na konieczność podjęcia wysiłku. Zdarza się, że stawiając wymagania wywoła się sprzeciw, bo są one w odbiorze czymś nieprzyjemnym i to zarówno dla tego, kto miłuje, jak i dla tego, kto jest miłowany. Jezus wielokrotnie burzył spokój i nazywał rzeczy po imieniu, co nie było łatwe dla słuchaczy, a czasem napotykało to na zacięty opór. Nauczyciel mówił o wysiłku, jaki trzeba podjąć, aby za Nim iść. Bóg nie przyszedł na świat po to, aby było nam przyjemnie, lecz aby wynieść nas do godności dzieci Bożych: wolnych i miłujących.

Czasem trzeba włożyć potężny wysiłek, aby postawić granice i wymagania ludziom, których się kocha, ryzykując, że zostanie się odrzuconym. Miłość może podpowiedzieć, by wpuścić do domu kogoś, pomimo że nas zawiódł po raz kolejny. Innym razem, miłość nakaże wystawić jego walizki za drzwi. Miłość nie daje jednego prostego rozwiązania.[1]

Miłość, podobnie jak ptak, nie jest w stanie lecieć na jednym skrzydle. Sama afirmacja nie wystarczy. Nie wystarczą także same wymagania. Potrzeba, aby było i jedno, i drugie. Właśnie o tym pisze Św. Paweł w słynnym Hymnie o miłości. Apostoł wymienia akty niezwykłego heroizmu: rozdanie całego majątku, a nawet wydanie samego siebie na śmierć, zaznaczając, że można to wszystko czynić, nie mając miłości. Jeśli zabraknie afirmacji – zabezpieczę kogoś materialnie, ale nie dam mu mojego serca lub wymagań – osoba, dla której „się spalam”, pozostaje egocentrykiem, to nie ma miłości. Święty Paweł wyjaśnia, że miłość jest łaskawa, cierpliwa i nie unosi się gniewem. Prawda to? Oczywiście, że prawda! Z kolei w Ewangelii czytamy, że Jezus ukręcił sobie bicz z postronków, że spoglądał na ludzi z gniewem i nazywał ich pobielanymi grobami. To także jest prawda o miłości.

  1. Miłość jest aktem skierowanym ku …

Miłość realizuje się w relacji. Nie jest to wyłącznie filozoficzna ciekawostka – z tego faktu wynikają dla nas praktyczne wnioski. Ponieważ miłość kieruje się zawsze ku …, rozwój osobisty należy rozpatrywać w kontekście relacji z innymi ludźmi. Jeśli chce się lepiej czuć, realizować cele i marzenia, pogłębiać życie wewnętrzne, czyli podjąć pracę nad sobą, to nie wolno stracić z oczu celu tych wysiłków, jakim jest dobro drugiego człowieka: celem rozwoju nie jest perfekcja, lecz miłość.

Co twoi bliźni będą mieli z tego, że podejmiesz pracę nad sobą i zaczniesz się lepiej czuć, pogłębisz swoje życie wewnętrzne i pozbędziesz się jakiejś wady lub złej skłonności? Byłoby dla nas niebezpieczną pułapką oderwać swój wysiłek wewnętrzny od realnego i konkretnego dobra innych ludzi. Jeśli staniesz się celem dla samego siebie – egocentryzm, będziesz przypominać kogoś, kto patrząc daleko wprzód, widzi własne plecy. Gubiąc istotny cel działania, człowiek przypomina psa goniącego swój ogon. Ważne, aby pamiętać, że sama motywacja do podjęcia rozwoju powinna wynikać z miłości, a więc: rozwijam się dla dobra innych, a nie tylko po to, by zadowolić swoje ego. Pracując nad sobą można nie zauważyć, że kręcimy się wokół siebie.

Zdarza się często, że osoby dotknięte kompulsjami seksualnymi, właściwie o niczym innym nie myślą i niczym innym się nie zajmują, jak tylko walką, by nie upaść po raz kolejny. Oczywiście zmaganie o czystość jest czymś niezwykle potrzebnym i szlachetnym, jednak może subtelnie stać się egocentryczne. Poznaje się to po tym, że ktoś prowadzi walkę wyłącznie w obszarze negatywnym – byle czegoś złego nie robić i popada w rozpacz, gdy upadnie po raz kolejny. I, co może się wydawać najdziwniejsze, choć upadł już setki razy, wcale nie stal się przez to pokornym człowiekiem, bo nadal bardzo surowo osądza innych ludzi. W sumie nie widzi u siebie większych grzechów poza masturbacją. Jest ona jedynym grzechem doprowadzającym go do konfesjonału: spowiada się od „wpadki do wpadki”. Jakkolwiek to zabrzmi dziwnie dla niektórych, można by czasem zadać takiemu „zgnębionemu sobą” człowiekowi pytanie: Co zyska świat, gdy przestaniesz się masturbować? Kto dostanie od ciebie więcej miłości? A czy mógłbyś już dziś podjąć tę miłość? Nawet pomimo twoich upadków? Może jest dla ciebie lepsze wejść do nieba skruszonym i małym z powodu tej kompulsji seksualnej, której przecież szczerze nie chcesz popełniać, niż nie wejść tam z powodu twojej pychy? A skoro na razie nie potrafisz tego przerwać, to co możesz podjąć w obszarze dla ciebie możliwym do wykonania? Jakie dobro czeka na podjęcie? Co nie znaczy oczywiście, że masz się poddać nieczystości. Taka rozmowa zmienia perspektywę i otwiera na szybsze uwolnienie od nałogu.

Nie można odrywać swego rozwoju od kontekstu, jakim jest dobro bliźnich. Jeśli chcesz sprawdzić, czy miłujesz właściwie, to zastanów się, co powiedzieliby o tobie twoi najbliżsi: rodzina, współpracownicy, znajomi i przyjaciele. Czy powiedzieliby, że doświadczają od ciebie dobra? Czy swoje wysiłki duchowe umieszczasz w ich kontekście, czy też zmaganie i wysiłki koncentrują cię wyłącznie na tobie?

  1. Miłość jest aktem skierowanym ku dobru człowieka …

Szansa na rozwój – oto jeden z największych darów ofiarowywanych przez prawdziwą miłość. Jeśli chcesz sprawdzić, czy kochasz kogoś właściwie, zastanów się przez chwilę, jakie owoce pojawiają się w jego życiu, dzięki twojej miłości? Jeśli ma się do czynienia z rzeczywistym miłowaniem, osoba kochana będzie się rozwijać lub przynajmniej będzie miała szansę na wzrost wewnętrzny. Nie masz oczywiście wpływu na to, czy ktoś przez ciebie miłowany podejmie swój rozwój, jednak miłość daje mu na to szansę: czy z niej skorzysta, zależy tylko od niego samego. Tak więc miłość jest aktem służącym rozwojowi człowieka.

Pewna kobieta mówiła: Całe moje życie poświęciłam synowi, tak bardzo go kochałam. Gdy był mały, nie odstępowałam od niego na krok, aby mu się nic nie stało. Gdy poszedł do szkoły, na każdej przerwie byłam u niego z gorącą herbatką i kanapkami. Gdy zdał do liceum, zawsze na niego czekałam, by nie wracał sam. A gdy poszedł na studia, przeprowadziłam się z nim na drugi koniec Polski, aby mu sprzątać i gotować, by miał czas na naukę. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego on mnie teraz nienawidzi, jest gejem i alkoholikiem… Ja go przecież tak bardzo kochałam… Opisana osoba czuła „coś” wobec swego syna i to „coś” nazywała miłością. Nie kochała go jednak w rozumieniu tej definicji, ponieważ jej relacja nie prowadziła go ku dojrzałości. Ona sama również się nie rozwijała! Prawidłowo przeżywane macierzyństwo i ojcostwo rozwija nie tylko dzieci, ale i rodziców.

Ponieważ miłość prowadzi do rozwoju, mężczyzna zdradzający żonę nie miłuje prawdziwie swej kochanki, choć może być przekonany, że ją kocha. Zdrada nigdy nikogo nie rozwija! Nie kochają się także młodzi, którzy idą do łóżka bez żadnej odpowiedzialności, biorąc od siebie coś, czego nie będą mogli zwrócić, jeśli ich drogi się rozejdą. Gdyby miłowali się w rzeczywisty sposób, zadbaliby o rozwijanie cnoty czystości, co dałoby dobre owoce w ich małżeńskim życiu, bo zdolność zachowania wstrzemięźliwości seksualnej jest ważną składową zintegrowanej i dojrzałej osobowości. Dlatego relacja miłości rozwija zarówno osobę miłowaną, jak i miłującą.

Zdarza się, że ktoś żyje w pozornym dylemacie: albo zadbam o siebie i wtedy odbędzie się to kosztem drugiego, albo zadbam o niego, ale wtedy mi będzie źle. Jeżeli znaleźliście się kiedykolwiek w podobnej sytuacji, to znaczy, że popełnialiście błąd wynikający właśnie ze złego rozumienia dobra, którym obdarowuje miłość. Gdyby przetłumaczyć „dobro” na rozwój, to okaże się, że sytuacja wygląda następująco: albo oboje – ty i drugi człowiek, z którym miałeś problem, mogliście wejść na drogę rozwoju, albo obie strony mogły się zinfantylizować, porzucając wysiłek rozwoju. Nigdy nie stoi się przed dylematem: „mój rozwój kosztem twojego” lub odwrotnie. W prawdziwej miłości taki dylemat nie istnieje. Trzeba jedynie właściwie odczytać, na czym będzie polegał rozwój.

I jeszcze jedna bardzo ważna uwaga: rozwój nie zawsze jest przyjemny. Miłość niekoniecznie poprawia nastrój tym, których kochamy![1] Może się oczywiście zdarzyć, że ktoś, kogo się kocha, odbierze twoją postawę jako brak miłości, bo nie będzie chciał podjąć wysiłku własnego rozwoju. Czasem bywa tak, że człowiek dryfujący na krze oczekuje, że ratownik wskoczy do niego na lód. Jednak nikt rozsądny nie powinien w ten sposób ratować bliźniego. Chwyć się liny – taką odpowiedź usłyszy rozbitek. Jednak nie każdy ją rozumie i niejeden zawoła z żalem: Gdybyś mnie kochał naprawdę, wskoczyłbyś do mnie na krę, aby mnie uratował. Wtedy jednak trzeba odpowiedzieć: Właśnie dlatego, że cię kocham, nie mogę tego zrobić. To ty musisz wyjść na stały ląd. Rzucam ci linę, możesz się jej złapać!. Doświadczenie pokazuje, że taka odpowiedź nie zawsze spotyka się ze zrozumieniem. Miłość stwarza przestrzeń do rozwoju i mobilizuje do niego, jednak nie daje gwarancji, że osoba miłowana ten rozwój podejmie: czy złapie w końcu za linę, czy pozostanie w żalu, mając nawet poczucie, że nie jest kochana.

Gdy myśli się o miłości i rozwoju, mamy do czynienia z zachwycającą tajemnicą: rzeczywisty rozwój prowadzi do coraz większej miłości, a prawdziwa miłość prowadzi do rozwoju. To cudowne dodatnie sprzężenie zwrotne nieustannie wzmacnia się: rozwój => większa miłość => szybszy rozwój = > większa miłość i tak bez końca, aż do zjednoczenia z Bogiem. A ponieważ nieskończony Bóg jest miłością, twój rozwój prawdopodobnie nie będzie miał końca, nawet w wieczności! Kto zdecyduje się wejść na drogę rozwoju i nie zejdzie z niej, będzie postępował naprzód coraz szybciej, podobnie jak coraz szybciej porusza się kamień spadający na ziemię pod wpływem grawitacji. Na tym polega tajemnica wielkich świętych, których życie doznawało duchowego rozpędu. Jeśli nie widzisz w sobie tego przyrastania miłości, może to oznaczać, że twoje życie wewnętrzne nie jest właściwie „ustawione”. Warto się nad tym zastanowić.

  1. ZOSTALIŚMY STWORZENI, BY BYĆ SZCZĘŚLIWYMI LUDŹMI

Może ktoś sobie myśli: „Gdybym tylko mieszkał gdzie indziej, miał inną pracę, inny wygląd, inne zdrowie, inną rodzinę, innych ludzi obok mnie. Słowem, gdyby okoliczności mojego życia były inne, wtedy byłbym szczęśliwy”. Wiele osób myśli w ten sposób, uważając, że „szczęście się ma, gdy ma się szczęście”. Ze szczęściem, według nich, bywa tak, jak z losem na loterii, na którego trafienie nie mamy zupełnie wpływu. Znane polskie powiedzenie „w czepku urodzony” sugeruje, że niektórzy mają szczęście, a niektórzy nie. Tak jednak nie jest. Jak osiągnąć poczucie szczęścia i spełnienia w życiu? Są trzy pułapki, w które można wpaść, poszukując szczęścia. Kto w nie wpadnie, nie może szczęścia odnaleźć.

TRZY PUŁAPKI NA DRODZE DO SZCZĘŚCIA:

a). Utożsamianie szczęścia z przyjemnością.

b). Próba osiągnięcia szczęścia na drodze działania zewnętrznego.

c). Poszukiwanie szczęścia z pominięciem człowieka.

Utożsamianie szczęścia z przyjemnością

Popełnienie tego błędu niesie negatywną konsekwencję polegającą na unikaniu wszelkiego trudu, ponieważ ten nie jest przyjemy. A ponieważ bez trudu nie ma rozwoju, unikanie nieprzyjemności będzie groziło infantylizmem. Inna niekorzystna konsekwencja wpadnięcia w pierwszą pułapkę polega na tym, że człowiek, który chce być szczęśliwy, będzie angażował wszystkie swoje działania w tym celu, aby doświadczać jak najwięcej przyjemności. Niemal każda reklama odnosi się do przyjemności, ponieważ powszechnie utożsamia się ją ze szczęściem. Jeśli człowiek ulegnie temu złudzeniu, będzie robić wszystko, by produkt = przyjemność = szczęście, by je osiągnąć, należy tracić energię na pogoń za rzeczami nieistotnymi. Niektórzy orientują się bardzo późno, tuż przed śmiercią, że popełnili życiowy błąd. Wniosek: nie ma nic złego w odczuwaniu przyjemności, ale szczęście nie jest zależne od tego, czy ją odczuwamy, czy nie. Mogę być szczęśliwy, nie doświadczając przyjemności. Jestem powołany do szczęścia, a nie do przyjemności. Pogoń za przyjemnością nie zaspokoi serca człowieka.

Próba osiągnięcia szczęścia na drodze działania zewnętrznego

Jeśli człowiek wpadnie w tę pułapkę, będzie organizował świat wokół siebie po to, aby być szczęśliwym lub będzie uważał, że w warunkach, w których się znalazł, szczęścia osiągnąć się nie da. To dlatego niektórzy wciąż poszukują czegoś na zewnątrz siebie: idealnego miejsca, niezapomnianej chwili, niepowtarzalnego przedmiotu, pięknego otoczenia, „tego jedynego” człowieka lub używki – chcą przez chwilę poczuć się szczęśliwi. Osoba ludzka tęskni za głębokim pokojem i spełnieniem, ale błędnie poszukuje tego na zewnątrz siebie. Stan „uwolnienia” jest pociągający tak bardzo, że ludzie są gotowi sięgać po narkotyki, alkohol, przypadkowe relacje seksualne i afekty, aby go na chwilę doświadczyć. Lecz to „uwolnienie” trwa tylko przez chwilę i jest imitacją tego, co przeżywamy na stałe w autentycznie szczęśliwym życiu. Poczucie szczęścia ma niewiele wspólnego z ekstatycznym i przejściowym doładowaniem emocjonalnym.

Poszukiwanie szczęścia z pominięciem człowieka

Wielu chce ochronić swój „maleńki świat”, izolując się od ludzi lub nawet ich niszcząc. Każdy „obcy” lub „inny” jest potencjalnie niebezpieczny, bo może się okazać konkurentem do i tak zbyt małych zasobów, dóbr. Niektórzy upatrują własnego szczęścia w nieobecności innych ludzi. Chcąc zachować niezależność, „wyzwalają się” od ludzi i popadają w samotność. Szczęścia nie da się także zbudować na krzywdzie ludzkiej. Jak zatem możemy osiągnąć szczęście?

Szczęście jest „produktem ubocznym” rozwoju. Pojawia się ono niejako „przy okazji” miłości i polega na poszerzeniu naszej świadomości, głębokiej harmonii z całym stworzeniem, uważności i pokoju serca. Szczęście wynika ze zjednoczenia z Bogiem. Rozwijając się, a więc miłując coraz bardziej, osiąga się poczucie szczęścia, sensu i spełnienia, za którym tak się tęskni. Szczęście nie jest więc czymś, co jest ci dane lub niedane „z góry”. A zatem człowiek osiąga szczęście, czyniąc z samego siebie bezinteresowny dar dla bliźniego. Twój rozwój prowadzi w tym właśnie kierunku. Im bardziej żyjesz dla TY, tym szybciej dojrzewa JA. Paradoks polega na tym, że człowiek znajduje szczęście, gdy tego szczęścia nie poszukuje dla siebie. Kto robi wszystko, by posiąść szczęście, ten go nigdy nie znajdzie. Drogę do szczęścia odkrywa się niespodziewanie, zapominając o sobie.

[1] Zdarza się, że miłość może wymagać od człowieka gestu lub słowa, które zada ból tym, których się kocha. Oto pewien mężczyzna, wielokrotnie zdradzany przez żonę, która miała z nim dwoje dzieci, a ze swoim kochankiem jeszcze jedno. Kobieta żyła „na dwa domy”: raz przebywała z mężem, a raz z tym drugim. Taka przedziwna sytuacja trwała już kilka lat. Bohater naszej historii byt człowiekiem zamożnym i żona ewidentnie go wykorzystywała materialnie. Bywało także, że go biła, a on na to pozwalał, ponieważ tak rozumiał miłość: „Miłość wybacza nie siedem razy, a siedemdziesiąt siedem razy, czyli zawsze”. Wychowywany przez bardzo religijną matkę i babkę nie wyobrażał sobie, aby było inne rozwiązanie dla chrześcijańskiego małżonka jak: „Przebaczyć i przyjąć ponownie bez względu na wszystko”. Dochodziło do tego, że jego synowie stawali w jego obronie, a do matki czuli nienawiść. Żona niczego nie zmieniała w swojej postawie, a gdy próbował rozmawiać, zamykała mu usta słowami o sakramentalnym małżeństwie, wiedząc, że na ten argument nie będzie miał odpowiedzi. Gdy była w lepszym nastroju, przepraszała go nawet, co nie przeszkadzało jej nadal jeździć do kochanka. Kiedy jej nastrój był gorszy, wyzywała męża i stosowała rękoczyny.

Nasz rozmówca był bardzo zdziwiony, gdy dowiedział się, że nie kocha swojej żony, ponieważ utrzymuje ją latami w jej egoizmie. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad tym, że choć Bóg kocha nas takimi, jakimi jesteśmy, to niektórzy nie mogą uzyskać rozgrzeszenia, dopóki nie zmienią swego postępowania; że nie każdy i nie na każdych warunkach może przyjąć komunię. Najbardziej zdziwiło go prawo kanoniczne, w którym przeczytał, że istnieje możliwość separacji w przypadku, gdy małżonek dopuszcza się zdrady. Nigdy nie pomyślał o tym, że separacja może być podjęta jako wyraz miłości i walki o żonę. Małżeństwo chrześcijańskie nie jest formą niewolnictwa i że jego wymiar sakramentalny nie oznacza, że trzeba być z drugą osobą bez względu na to, jak ona postępuje. Zrozumiał, że może pozostać wierny swojej żonie, nie zgadzając się na jej czyny.

Inna historia, to matka samotnie wychowująca czternastoletniego syna, która została przez niego uderzona, bo wyłączyła mu dostęp do Internetu, gdy przekroczył już wszelkie możliwe normy korzystania z sieci. Na pytanie o to, co się potem działo, odpowiedziała, że syn poszedł spać, a na drugi dzień rano… zrobiła mu śniadanie i zawiozła do szkoły. Gdy zapytano ją, dlaczego robi śniadanie i wozi do szkoły syna, który ją bije i jej ubliża, odpowiedziała: Przecież dziecko nie może pójść głodne do szkoły, która jest bardzo daleko, a jazda tramwajem zajęłaby mu znacznie więcej czasu…

 

[2] Oto trzydziestoczteroletnia kobieta, ostatnia z pięciorga rodzeństwa, która zgłosiła się po pomoc na terapię w związku z nasilającymi się spadkami nastroju i myślami samobójczymi, które nękały ją od dłuższego czasu. Choć od wielu lat miała dobrą pracę, nadal mieszkała z rodzicami, wobec których czuła w sercu wiele złości. Chciała się od nich wyprowadzić, ale ciągle pobrzmiewało w niej przekonanie, że jako najmłodsza z pięciorga rodzeństwa, jest zobowiązana do przejęcia gospodarstwa (mieszkali na wsi). Okazało się, że rodzice „zaprogramowali” jej przyszłość i nawet ich dom został tak zaprojektowany, aby najmłodsze dziecko pozostało z nimi na starość. Była w okropnym stanie emocjonalnym, ponieważ miała poczucie, że jeśli wyprowadzi się z domu, zdradzi rodziców, którym jest winna opiekę.

Parę lat wcześniej, pojawił się mężczyzna, który się jej oświadczył, ale nie dała mu, jak dotąd, pozytywnej odpowiedzi. Jej rodzice nie brali pod uwagę możliwości, by ich córka wyszła za mąż, wyprowadzając się z domu. Kobieta wymykała się na randki z kandydatem na męża. Zdarzało się, że współżyli ze sobą i za każdym razem wracała do domu z ogromnym poczuciem winy i pustką w sercu. Nie miała siły na to, by odpowiedzieć pozytywnie na oświadczyny, nie potrafiła także odmówić mężczyźnie, w którym się zakochała. Była przekonana, że miłość wobec rodziców wymaga od niej, by pozostała z nimi w domu, przynajmniej do ich śmierci, a jej „chłopak” nie chciał nawet słyszeć o tym, by zamieszkać w jednym domu z teściami.

Potrzebne jej było zrozumienie, czym jest prawdziwa miłość, aby móc wprowadzać zmiany w życiu. Gdy uświadomiła sobie, że miłość prowadzi do rozwoju, zaczęła zastanawiać się nad tym, co się dzieje w jej życiu i w życiu jej najbliższych. A więc miłość do rodziców domaga się tego, aby się od nich wyprowadzić, że dopiero to poprowadzi ich dalej, do etapu „pustego gniazda”, z którym będą musieli się zmierzyć. Zrozumiała także, że ona sama odpowiada wyłącznie za swój własny rozwój i nie powinna przejmować odpowiedzialności za to, jak będą żyli jej rodzice. Co ciekawe, gdy podjęła decyzję o wyprowadzeniu się z domu, nie spodobało się to nie tylko jej rodzicom, ale także jej rodzeństwu, do którego nagle dotarło, że opieka nad rodzicami, powinna się rozkładać na wszystkie dzieci. Poczucie winy było uczuciem, które trzymało naszą klientkę na uwięzi – nauczyła się je ignorować wiedząc, że pochodzi ze złego rozumienia miłości.

 

Copyright 2015 - Bonifratrzy - Zakon Szpitalny św. Jana Bożego

realizacja: velummarketing.pl
do góry